Nie.
Jak zatem jest? Zastanówmy się i zacznijmy od początku:
Najpierw się rodzimy, następnie trochę rośniemy, zazwyczaj trafiamy do przedszkola, następnie do szkoły podstawowej i z biegiem lat kontynuujemy swoją edukację w różnych placówkach, aby ostatecznie skończyć pracując i żyjąc na własny rachunek, aby w przyszłości założyć rodziny, zbudować dom, wychować dzieci, zasadzić drzewo i tak dalej. W teorii brzmi świetnie, wszystko jasne, klarowne. Łatwe. Jednak w życiu niewiele jest rzeczy czarno-białych, zazwyczaj towarzyszą nam odcienie szarości. Od najmłodszych lat jesteśmy porównywani do innych dzieci, wpaja nam się, że skoro Kasia słucha rodziców i nie bije Pawełka łopatką po głowie, to my też powinniśmy tak postępować. Wpaja nam się, że skoro Karol mógł się przygotować do sprawdzianu z przyrody i dostać 5, to my też powinniśmy. Przecież skoro Marysia dostała okres i ćwiczy w tym czasie na wuefie, to każda inna dziewczyna też powinna. Przecież skoro nasz starszy brat Jarek skończył prawo, a siostra Gosia medycynę, to my koniecznie też powinniśmy. Powinniśmy ze wszystkich sił pragnąć się dostosować do oczekiwań innych względem nas, być tacy, jak inni, nie wyróżniać się w niczym. Powinniśmy być posłuszni i poukładani, najlepiej od momentu poczęcia. W większości przypadków najbardziej poszkodowane są dziewczynki. Chłopcy mogą chodzić po drzewach, mieć siniaki i zdarte kolana, grać w gry, bawić się w błocie, grać w piłkę, kląć, psocić, wygłupiać się, być niegrzecznym... a dziewczynkom przecież nie wypada. Dziewczynka zawsze powinna umieć się zachować, być grzeczna, ułożona, posłuszna, cicha, zawsze powinna wiedzieć co powiedzieć, nigdy nie odzywać się bez pytania, zawsze schludnie i ładnie wyglądać, zawsze chodzić wyprostowana, przestrzegać wszystkich zasad i najlepiej być uległa i nie mieć własnego zdania. Wychowuje się pokolenia wulgarnych Januszów dominantów, z lekką ręką na każdego, kto ma inne zdanie oraz uległych, zastraszonych przez mężów Grażyn, które nie potrafią i boją się przeciwstawić. Wiadomo, że nie każda dziewczynka wychowana w ten sposób stanie się w przyszłości ową Grażyną, jak również nie każdy dziki za młodu chłopiec, stanie się wspomnianym Januszem. To skrajne przypadki, jednak mające swoje podstawy w takim właśnie zachowaniu. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Nie twierdzę, że dawanie dzieciom swobody w zdobywaniu siniaków czy uczeniu ich dyscypliny od początków życia jest złe, ani, że we wszystkich przypadkach jest to tak samo mocno przerysowane i kończy się tak samo. Nie. Twierdzę jednak, że wpajanie dziecku od najmłodszych lat jakie ma być, w sporym stopniu może wpłynąć negatywnie na postrzeganie nie tylko siebie, ale i innych. Co z tego, że dzieciak "odnajdzie siebie", skoro przez zasady wpojone w przeszłości, będzie oceniał innych swoją miarą, krytykował, obgadywał i rzucał mniejsze lub większe kłody pod nogi. Nie będzie znał innego postępowania, niż wspomniane ocenianie. Będzie odreagowywał bycie ocenianym, oceniając innych. Będzie kreował swoją wizję, jaka dana osoba powinna według niego być, a potem będzie próbował wywrzeć na niej presję, aby właśnie taka była. Nieczęsto się udaje, wiele osób po prostu pęka, poddaje się, buntuje, a tę pierwszą stronę spotyka rozczarowanie i zawód, że jest inaczej. A przecież tak naprawdę nie ma pojęcia dlaczego druga osoba jest taka, jaka jest. Nie ma pojęcia co się w jej życiu wydarzyło, że zachowuje się w ten sposób, nie wie, co skłoniło drugiego człowieka do takiego myślenia i postępowania. Możemy tylko oceniać efekt, nie znając genezy i przebiegu całego procesu. Tak jest łatwiej, wygodniej. Próba poznania i zrozumienia jest przecież zbyt trudna, bo trzeba dać coś od siebie i się postarać. Zaufanie nie rośnie na drzewach w postaci owoców z ogonkiem, który trzeba urwać przed spożyciem. Nie ma pestek, które można ponownie zasadzić, gdy zwiędnie, aby urosło takie samo. To już nigdy nie będzie takie samo.
Niemniej jednak, nie są to cechy czy zachowania, których nie można się wyzbyć. Potrzeba mnóstwo pracy nad sobą, samodyscypliny i przede wszystkim- chęci. Ludzie z natury są łasi na pochwały i komplementy, lubią być doceniani. Nie czyni to z każdego człowieka zakochanego w sobie narcyza, który jest tak zaślepiony sobą, że nie widzi niczego i nikogo dookoła... Nie. W gruncie rzeczy, próżność nie jest zła, egoizm też nie. Nie są złe, o ile są wyważone i zdrowe. Powinniśmy myśleć najpierw o sobie i zadbać o siebie, aby następnie móc jak najlepiej zadbać o innych. Dbanie o wygląd czy rzeczy materialne również są na miejscu. Dobra, wysoka samoocena, która nie jest zagapieniem się na czubek własnego nosa, to także coś pożądanego. Nie każdy jednak te cechy ma. Nie każdy dobrze o sobie myśli, docenia się, dba o siebie. Są osoby, które zawsze najpierw myślą o innych, nigdy o sobie. Są osoby, dla których atrakcyjny i estetyczny wygląd jest nieistotny i zbędny. Są ludzie, którzy nie lubią siebie, nie myślą o sobie dobrze i mają bardzo niską samoocenę. Są różni ludzie. Tak różni, że nie można ich ze sobą porównywać, bo nigdy nie będą równi. Nie ma ludzi równych, bo każdy jest inny, każdy przeszedł coś innego i coś innego go definiuje. Najważniejsze (i najtrudniejsze!) w tym wszystkim jest to, aby człowiek człowiekowi, pozostał człowiekiem.
Poruszona kwestia szkolnych ocen, oparta o porównywanie nas do innych, rzekomo "lepszych" od nas ze względu na otrzymywane oceny nasuwa mi jedną myśl. Uświadomiłem ją sobie już pewien czas temu, w zasadzie zostało mi to uświadomione dopiero w okolicy studiów. Taki system jest w pewnym stopniu krzywdzący także dlatego, że...utrwala w dziecku przekonanie, że dobre oceny = dobre życie. Jest to nieprawda. Są dzieci, które mają konkretne predyspozycje lub zainteresowania i skupiając się na dobrych ocenach ze wszystkiego tak naprawdę mogą zmarnować swój potencjał jako wybitni, dajmy na to matematycy. Ponadto, przychodzi moment w życiu, kiedy oceny stają się jedynie cyfrą w dzienniku, nie mają natomiast żadnego przełożenia na naszą zdolność do odnalezienia się w dorosłym życiu. Sam doświadczyłem pewnego zderzenia z rzeczywistością, kiedy na studiach starałem się mieć dobre oceny także z przedmiotów, które mnie nie interesowały, podczas gdy część znajomych skupiała się już na doskonaleniu tego, w czym czują się najlepiej.
OdpowiedzUsuń